Rozważania egzystencjalne
Czas, jak to ma w rutynowym zwyczaju, upłynął, nie wnosząc nic nowego do mojego życia.
Obudził jedynie z nocnego snu ptaki, które teraz kwiliły i harcowały za oknem.
Czas w swoim bezpowrotnym przemijaniu nie próbował nawet przynieść rozwiązań zagadek bytu i
mojego prywatnego istnienia. Płynął sobie, jak to czas płynie, bezproduktywnie akurat. Mimo to, a
może właśnie dlatego poczułam się okradziona z czasu, bo czas bezproduktywny bywa czasem
przegranym.
Tymczasem ptaki za oknem wykonały w regularnym, geometrycznym kluczu rundę za oknem, lecz nie
potrafię powiedzieć: czy było to maksimum, czy minimum ptasich możliwości, czy może była to runda
straconych szans?
Paradoksalnie, praktycznie na wszystko mając czas, zabrakło mi tego czasu, żeby posunąć się do
przodu w rozwiązywaniu kolejnej zagadki - zagadki wieczności. Co dnia: rutyna za rutyną, a myślenie
z tejże racji - też rutynowe.
A ptaki za oknem wykonały, którąś z kolei spiralną podniebną rundę.
Mniemam, iż gdyby mój czas upływał produktywnie, też by upłynął w końcu, bo taka jego natura,
ale bez gwarancji, że posunęłabym się do przodu w swoich egzystencjalnych dociekaniach.
Jednym słowem czas nie wniósł nic nowego do właściwie niczego.
Nie mam pojęcia, co w międzyczasie robiły ptaki. Czy były zajęte ogarnianiem pożywienia, czy
kwiliły z obowiązku, dla przyjemności, czy może z nudów?
Wymyśliłam jedynie, że kiedyś będzie taki czas, który zatrzyma mój osobisty czas. Z automatu
wszystkie zagadki rozwiążą się same. Lecz - czy ja będę o tym wiedziała, będąc może nicością, a może
w nicości? Czy tam będę miała coś do pisania: kartkę papieru i długopis, żeby zapisać swoje
spostrzeżenia? I czy tam, gdzie ja będę, a może raczej mnie nie będzie, gdyż będę nicością - trafiają i
ptaki (w formie nicości oczywiście). I czy w tej nicości też będę fruwać nad moją głową, a raczej - jej
fizycznym brakiem?

Komentarze
Prześlij komentarz